Trzeba myśleć o czym się marzy. Willa Maja, kobiecy dom nad morzem 0

Siedzimy na tarasie do którego od wielu dni przykleja się lipcowe, słodkie jak gofry słońce. Popołudnie sunie leniwie dla przesypujących między palcami strużki białego piasku, dla biegających między zimnymi falami, dla leżących na brzuchu, na plechach, na boku. Z książką lub bez. Ze słońcem ślizgającym się po ramionach, goleniach i czubkach nosów.
Maja ma chwilę dla siebie. Ten letni czas każdego roku nasycony jest pracą: przyjazdami gości, ich wyjazdami, zakupami, krojeniem, dosypywaniem cukru do cukiernic, codziennym krzątaniem 
dla 40 osób, które gości Willa Maja.
Po obiedzie jest zwykle spokojniej. 
Można sprawdzić rezerwacje i wiadomości od gości.
A nuż pojawiła się nowa recenzja na bookingu i ktoś napisał, że będzie wracał z radością.
A może nikt nie pisze, nie dzwoni i można zwyczajnie usiąść i porozmawiać. 
Maja od połowy kwietnia do połowy września mieszka w nadmorskiej, Jastrzębiej Górze. 
Resztę roku w Łodzi.
Dom nad morzem stoi dzięki marzeniu, które nie uleciało z wiatrem, ale urzeczywistniło się dzięki determinacji. 
Para osiemnastolatków, jej rodzice poznali się na studiach, na łódzkiej Politechnice. Miłość, ślub, początek wspólnego życia, w którym zarysowało się marzenie ojca jej taty, by zbudować dom nad morzem.
Życie jednak ostro zmieniło bieg. 
Tata Mai zmarł nagle. Miał 28 lat.
Mama, inżynier(ka) mechanik, aby utrzymać je obie zrezygnowała z doktoratu na Politechnice i nieopodal najstarszej miejskiej elektrowni, na ulicy Tuwima otworzyła pracownię krawiecką. 
To były lata siedemdziesiąte, w PRL-owskiej Łodzi kwitł trójzmianowy przemysł włókienniczy. 
Nazywano go lekkim, choć kobiety pracowały ciężej niż „koń w kieracie”* 
(odsyłam do książki Marty Madejskiej „Aleja Włókniarek”).
Mama w miesiącach jesienno-zimowych prowadziła pracownię.
Za dnia obsługiwała Klientów, szyła, kroiła, zdejmowała miarę. 
Nie raz po nocach, jak wspomina Maja przyszywała guziki.
Wiosną ruszała z córką nad morze, by spełniać marzenie dziadka, byłego żołnierza Armii Andersa, który kiedyś zamarzył, by zamieszkać blisko wydm.
Dziadek, mama Krystyna, potem Maja.
Budowali sami i z pomocą miejscowych.
Spędzili niejedną noc w kolejce po beton. 
W połowie lat osiemdziesiątych, po X latach budowy otworzyli pierwsze skrzydło pensjonatu, który na cześć wnuczki nazwano Willa Maja.
W Jastrzębiej Górze spędzali pół roku. Przyjmowali gości, gotowali, sprzątali. 
Latami przyjmowali rodziny pracowników śląskich kopalni, zakładów pracy z całej Polski.
Pracowali nad rozbudową pensjonatu.
Nawet, kiedy był ukończony i tak zawsze było coś do zrobienia. 
Maja wspomina, że mama co kilka lat zarządzała kolejny remont. 
Zawsze znalazło się coś, co wymagało konserwacji, wymiany.
Maja dzieliła życie na dwie czasoprzestrzenie: jesienno - zimową, względnie spokojną, która była w Łodzi i letnią, nadmorską. Miesiące spędzane w Jastrzębiej Górze, były zawsze bardzo pracowite, choć płynęły blisko leniwej plaży.
Od nowa
Przyszedł czas, kiedy i Maja wyszła za mąż i urodziła córkę. 
Mąż odszedł po kilku latach związku.
Jak wspomina, życie jedną połowę roku w Łodzi, a drugą nad morzem nie zachęcało pojawiających się na horyzoncie, ciekawych mężczyzn do snucia planów na trwały związek.
Maja zaczęła szukać sposobu na rozwój dla siebie i pensjonatu. Zaczęła się uczyć kosmetyki i po niedługim czasie otworzyła w Willi małe SPA. To był 2000 rok. Nowa era dla świata i dla ich małego pensjonatu. 
Długi czas sama robiła zabiegi.
Zaczęły organizować wakacje z salsą i spa. 
Potem wakacje dla pięćdziesięciolatków.
Maja robiła zabiegi, dbała o gości, robiła zakupy, zajmowała się marketingiem.
Długi czas mama była sterem. 
Dziś jest nim Maja, a w przyszłości, być może kolejne współrzędne ich kobiecego kursu wyznaczy Ala, najmłodsza w rodzie.
Po drodze bywało różnie. Często ciężko. Zdarzało się, że w bieżących pracach pomagali im goście.
Jednak one: mama i córka, zawsze szukały sposobu, by znaleźć rozwiązanie i wydobyć się z każdej opresji.
***
Dziś siedzimy w ratanowych fotelach, a przed nami bujnie zielenią się zioła. 
Maja zawsze marzyła o własnym zielniku, więc zielnik jest, pachnie, a bazylia, czy oregano trafiają do letnich sałatek.
Asia, dzielna kobieta z Śląska, z którą rozumieją się prawie bez słów, pomaga jej na co dzień.
Partner Mai przyjedzie znów w weekend i będą działać razem, bo on też lubi i rozumie tą robotę.
Mama już nie angażuje się jak dawniej, ale jest obecna radą i duchem. 
Maja twierdzi, że hart ducha dostał się jej po dziadku. Gdyby nie on, nie siedziałaby tu dzisiaj.
Pensjonat nad morzem był przecież marzeniem. 
Maja się śmieje, ze trzeba dobrze pomyśleć o czym się marzy, 
bo dość szybko okazało się, że pensjonat to nie bułka z masłem, ani gofry z bitą śmietaną. 
Jednak warto było go zbudować i prowadzić.
Skoro goście wciąż wracają. 
A zioła pachną.
***
Znalazłam wiele odwagi, wiele hartu ducha w tej letniej opowieści. To historia kobiet, które szły do przodu, choć kroki, które stawiały bywały czasem bardzo niewielkie, a efekty ich pracy nie od razu widoczne. Zaczynały w niebajkowym PRL-u, rozwijały wraz z kwitnącymi i padającymi przedsięwzięciami młodego kapitalizmu. Oby działały jak najdłużej.
Dziękuję za podzielenie się historią.
Jeśli planujesz skierować kroki w stronę Jastrzębiej Góry zajrzyj tu: WillaSpaMaja

 

Na zdjęciu od prawej Maja i Asia

Dobrego dnia!

Emilia

Komentarze do wpisu (0)

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl